Refleksyjnie o mojej podróży do Japonii, cz. 2

Gdy jest się książkowym przykładem (nieco poduczonego) wieśniaczka z polskiej wsi na południu kraju, to Tokio potrafi porazić swym ogromem. Co prawda bursztynowego świerzopu i gryki jak śnieg białej już człowiek w moich rodzimych stronach nie uświadczy, to jednak czas z pewnością płynie tu znacznie wolniej i dzieje się znacznie mniej, i szybko się okazało, że stoi to w ogromnym kontraście do japońskiego metropolis.

Podejrzewam, że przez kilka dni tam spędzonych zobaczyłem więcej ludzi niż przez pół życia. Zszokowała nas jednak względnie mała liczba zagranicznych turystów dookoła. Były jakieś tam grupki w Asakusie oraz całkiem spore walne zgromadzenie w pobliżu pomnika Hachiko w Shibuyi, ale z pewnością nie były to hordy, które spodziewaliśmy się mijać na każdym kroku (wg internetów Japonię odwiedza przeszło 20 milionów turystów rocznie, z tendencją wzrostową). Powiedziałbym, że jest to jedno z największych podobieństw między Japonią, a Polską – obydwa kraje prowadzą w braku różnorodności rasowej.  Faktem jest, że Japonia jest po prostu tak jednolita etnicznie, że w większości miejsc to gospodarze dominowali (lokalsi i turyści wewnętrzni) i praktycznie wszędzie tonęliśmy w tłumie (tudzież można rzec, że górowaliśmy nad dość niskimi Japończykami). Continue reading →

Advertisements