Refleksyjnie o mojej podróży do Japonii, cz. 1

Na przełomie marca i kwietnia spełniłem swoje największe marzenie i poleciałem na prawie 3 tygodnie do Kraju Kwitnącej Wiśni, anime, AKB48, sake i wasabi. Generalnie nie była to spontaniczna wizyta, opierająca się wyłącznie na zwiedzeniu kilku miejsc, które pojawiają się na pierwszej stronie Google po wpisaniu hasła ‘Japan things to see’. Po zakupieniu biletu na samolot (z ponad półrocznym wyprzedzeniem), zaczęła się prawdziwa zabawa z wyszukaniem najciekawszych lokalizacji do odwiedzenia. Świątynie Fushimi Inari i Kiyomizu-dera (która zaimponowała mi po raz pierwszy w wersji animowanej – anime Lucky Star) w Kioto, czy tabliczka upamiętniająca mojego ulubionego Japońskiego piosenkarza, Yutakę Ozakiego w dzielnicy Shibuya w Tokio miały od samego początku zapewnione miejsca  w moim planie podróży, jednak cała reszta była wielką niewiadomą. Moja wiedza o Japonii głównie opierała się na niezliczonych obejrzanych tytułów anime, filmów i seriali oraz dziesiątkach przesłuchanych zespołów popowych i rockowych. Przez kolejne kilka miesięcy zacząłem się douczać o tym, co tak naprawdę warto zwiedzić.

Czuję, że muszę to podkreślić po raz kolejny – była to moja pierwsza podróż zagranicę, pierwszy lot samolotem, pierwsza tak długa wyprawa poza oraz pierwsza rzecz którą w całości sam zaplanowałem. Myślę, że wybrnąłem całkiem nieźle z tej akcji – chociaż z perspektywy czasu trzeba przyznać, że wycieczka miała ostre tempo – wraz z kumplem, który niemal w ostatniej chwili zdecydował się mi towarzyszyć przez 2/3 mojej tułaczki po Japonii nieraz robiliśmy ponad 20 kilometrów dziennie pieszo + setki kilometrów pociągami . Biorąc pod uwagę mój na ogół domatorski  charakter, była to niebłaha zmiana stylu życia (przynajmniej tymczasowo).

Oprócz miejscówek, które każdy turysta musi zobaczyć, takich jak Shibuya, Shinjuku, Akihabara czy Asakusa w Tokio, świątynie w Kioto,  centrum Osaki,  czy Muzeum i Park Pokoju w Hiroszimie, zdecydowałem się odwiedzić  kilka mniej oczywistych miast – Matsumoto w Alpach Japońskich, Takayamę (skuszony przez polską blogerkę http://madameedith.com/category/podroze/japonia/), Kanazawę, Sendai , Yamaderę oraz miasto Niigata nad Morzem Japońskim. Ponieważ w te 19 dni wtłoczyłem aż tyle pozycji, zmusiłem nas do częstych zmian noclegów, i szybko zrozumiałem, że więcej w życiu tego błędu nie popełnię. Ciągłe pakowanie było prawdziwą bolączką, jednak z pewnością nie powiem, że żałuję – gdybym miał podróż życia spędzić do góry brzuchem, nudząc się gdzieś z braku zajęć, byłbym o wiele bardziej wkurzony na siebie.

Koncept ‘jetlagu’ wydawał mi się wcześniej rzeczą dziwną i nie do końca zrozumiałą, jednak po wylądowaniu około 9 rano w Japonii (1 w nocy czasu polskiego) po 10,5-godzinnym locie, czułem się jak zombie. Szczęśliwy zombie, ale wymęczony jak koń po westernie. Na lotnisku było stosunkowo niewiele ludzi, a same procedury były przeprowadzone niezwykle sprawnie. Odebranie przenośnego wifi z poczty na Naricie i JR Passa oraz biletu na Skyliner do Tokio zajęło niewiele czasu, a dodatkowo panie z obsługi dały mi przedsmak japońskiej grzeczności i życzliwości, która w zasadzie nieustannie towarzyszyła mi poprzez najbliższe tygodnie.  już niedługo potem siedziałem wygodnie w pociągu japońskim po raz pierwszy, zerkając na świat za oknem. Miałem dużo informacji i obrazów do przetworzenia w mojej głowie, jednak odczuwałem dziwne rozluźnienie- bardziej stresująca była podróż pociągiem do Warszawy niż fakt mojego całego pobytu tysiące kilometrów stąd.

O  ile na co dzień w pracy i w domu migam się od jakiejkolwiek odpowiedzialności (nigdy nie jestem nawet tym, który dzwoni zamówić pizzę, już wolę jej nie zjeść w ogóle), tak w Japonii ze względną łatwością przychodziły mi planowanie i organizacja czasu. Niestety, jak się to się wkrótce po powrocie okazało, nie tak łatwo zmienić życie i stare przyzwyczajenia.

Mój hotel w Tokio znajdował się troszkę daleko od właściwego centrum, był  za to blisko Asakusy, Ueno i  Yanaki, w pobliżu stacji Nippori i Uguisudani na pętli JR. Oznaczało to około 30 minut do Shibuya Station, jednak podróżowanie nie było specjalnie uciążliwe, zwłaszcza, że wyrobiliśmy sobie karty Suica (nasze JR Passy aktywowaliśmy dopiero po opuszczeniu Tokio). Taszcząc moją walizę podróżną z Nippori do hotelu internet i Google Maps przydały się od razu, ponieważ hotelik leżał dość na uboczu, w sąsiedztwie wąskich uliczek usłanych love hotelami. Przez 5 dni w Tokio regularnie, czy to z rana czy z wieczora , spotykałem pary Japończyków wchodzące i wychodzące z tych błyszczących, luksusowo/kiczowato-wyglądających przybytków.

O ile większość moich znajomych i członków rodziny było pewnych, że ‘z językiem angielskim to sobie poradzisz na pewno’, internetowe źródła stanowczo ostrzegały, że są z tym znaczne problemy. Właśnie dlatego, te kilka miesięcy spędzone na przygotowanie się do wycieczki dało dużo spokoju ducha – rzeczy jak wspomniane JR Pass, Suica, czy nauczenie się i utrwalenie sporej liczby słów i formułek po japońsku to spore ułatwienia, bez których mogłoby być ciężko, a tak to od razu wskoczyliśmy w wir zwiedzania. Japończycy, których napotkaliśmy w większości nie mówili wcale lub wstydzili się gadać po angielsku – w moim tokijskim hotelu pani z recepcji była przemiła, ale po angielsku nie mówiła ni w ząb – moje japońskie ‘Kali jeść’ niejednokrotnie okazało się zbawienne. Nie wiem w jakim stopniu uogólniam, ale w pewnym momencie poczułem, jak ciężko się zbratać z jakimś panem Miyagi (no chyba, że w rozmowę wkroczyły alkohol i dobry humorek  – nagle wszelkie bariery językowe i kulturowe przestawały mieć znaczenie).

O ile sami Japończycy z angielskim byli na bakier, tak podróżowanie jest całkowicie przygotowane pod turystów, nawet tych nie do końca ‘bystrych’. Wszystkkie stacje mają angielskie nazwy, wszędzie są angielskie oznaczenia, spora część restauracji dysponuje angielskim menu (trzeba jednak zauważyć, że często nie wszystko jest w nim uwzględnione i lepiej skonsultować się również z tym japońskim)

Chociaż byłem bądź co bądź uradowany stawiając kroki w Asakusie i podziwiając tamtejsze kompleksy świątynne, wspomniany wcześniej jetlag skutecznie naruszył moje samopoczucie i krótka drzemka koło południa pomogła tylko nieznacznie. Założyłem jednak, że trzeba dotrwać do wieczora i nie było innego wyjścia. Wielomiesięczne planowanie to jedno, ale systematycznie zdarzały się sytuacje spontaniczne – i dobrze. Pierwszy ramen nie porwał swoim smakiem, ale shochu okazało się dość kopiące i wkrótce przekonałem się, że tankowanie będzie mi towarzyszyło co wieczór (zazwyczaj z umiarem).

Japońskie knajpki i ich klimat, to rzeczy, których bardzo mi brakuje

Jako człowiek, który niewiele w życiu zwiedził, wystarczyło kilka dni, żeby zaakceptować wewnętrznie, że złapałem bakcyla na podróżowanie (który został teraz  w czerwcu solidnie stłamszony przez moją złamaną nogę i z nadmiaru czasu mogę nabazgrać trochę o moich przeżyciach).

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s